|
PRZEPROSINY
Dwadzieścia lat temu po mojej uliczce skakały od czasu do czasu kangury. Trzysta metrów od domu zaczynał się teren należący do przedsiębiorstwa eksploatującego las. Nie było tam wstępu, ale za to kangury, oposy, węże i jaszczury pozwalały sobie na wychodne. Pewnej nocy złożył nam wizytę wspaniały puchacz, wąż regularnie ukladał się do zimowego snu przy zbiorniku z gorącą wodą, a oposy rajcowały na dachu bezustannie.
Dziesięć lat temu media doniosły, że tuż obok nas powstanie liczące 50 tysięcy mieszkańców miasto. Rok, dwa póżniej zniknęly szlabany i w rzadko odwiedzany busz weszli ci, którzy lubią przyrodę. Okazało się, że ciągnie się on kilkanaście kilometrów, pokrywając skaliste wzgórza, jary i bagna. Cóż piękniejszego, jak możliwość wejścia, niemal prosto z domu, w teren, po którym można było wędrować godzinami nie spotykajac nikogo, i gdzie, oprócz wymienionego już zwierzyńca, buszowały brumbies – dzikie konie.
Bardzo szybko odkryli ten teren motocykliści, wnosząc hałas i smród, a w ślad za nimi użytkownicy samochodów terenowych, z których część zaczęła wyrzucać śmieci w najbardziej urokliwych zakątkach. Ale mimo ich niekiedy uciążliwego towarzystwa nadal można było zachwycać się dziką przyrodą.
Wreszcie weszli na ten teren deweloperzy i od tego momentu skończyły się żarty. To już nie pojedynczy samochód, jedna kupa śmieci, butelki po piwie czy biwak motocyklistów. To była zmotoryzowna dywizja której atak na Ziemię słychać było z odleglości kilku kilometrów. Zaczęło się karczowanie ogromnych obszarów ciętych nowymi drogami. W odleglości godzinnej wędrówki od mojego domu wytyczono autostradę.
Sześć lat temu zacząłem prowadzić tam psa na wycieczki. Wędrowaliśmy najpierw głównymi drogami, pożniej ledwo widocznymi ścieżkami, a w końcu wyschniętymi zwykle łożyskami potoków, w których długo po deszczu utrzymywały się skalne baseny wypełnione czystą wodą, stokami w poprzek “na szagę”, pomiędzy kopcami termitów, klucząc wśród powalonych, spalonych eukaliptusów.
Pies szalał, węszył jak oszalały, biegał za tropami, nurkował w chłodnej wodzie, wspinał się na wzgórza, pokonywał pazurami mocno nachylone skalne ścianki. Kiedy po godzinie, dwóch, wracaliśmy do domu, zwykle padał i odpoczywał kilka minut, zanim napił się wody. Ale kiedy następnym razem zakładałem górskie buty, to skakał z radości i wydawał dźwięki, nie przypominające szczekania ani skowyczenia. Wychodziły one jakby z głębi jego krtani. Nie rozumiałem ich, ale byłem przekonany, że chciał mi coś powiedzieć. Domyślałem się nawet co.
W ciągu kilku lat wydeptaliśmy kilka własnych ścieżek prowadzących do kilkudziesięcioletnich wraków samochodów, ukrytych głęboko w buszu billabongów, leśnych obozowisk opuszczonych przez drwali, skałek i jaskiń. Znając już każdy grzbiet i każdą dolinę, poprowadziłem tam dwukrotnie grupę przyjaciół. Pies służył za przewodnika.
Łożysko autostrady powoli zamieniło się w szeroki pas asfaltu i któregoś dnia zaczeły nim jeździć samochody. Jednoczesna budowa osiedli i pól golfowych spowodowała, że pojawiło się mnóstwo ogrodzeń z napisami zakazujacymi wstępu. W ten sposób, w potrzasku znalazło się kilka dzikich koni, osaczonych metalową siatką i barierką autostrady. Jeden z nich przeskoczył barierkę i omal nie spowodował wypadku. Aby uniemożliwić to pozostałym - przyjechali strzelcy. Dzikie konie nie należą przecież do rodzimej fauny.
Na terenie między autostradą i moją ulicą zaczęto wzrosić dziesiątki, setki domów. ściana w ścianę, dach w dach, okno sąsiada w okno sąsiada. Zgodnie z prezentowanym wcześniej publiczności planem, wzdłuż głównego potoku miano pozostawić rezerwat. Początkowo wybudowano tam nawet miejsce piknikowe i teren zabaw dla dzieci. Istniały trzy lata. Okazało się jednak, że w tym miejscu można postawić kilka więcej domów. Inny kąt natury zaprojektowano na skraju pierwszego wybudowanego osiedla. W małym lasku, u podnóża skałek, postawiono kilka ławek. Ostatnio i to uroczysko okazalo się zbyt duże. Skałki wkomponowano w ogrodzenie. Drzew już prawie nie ma, ławki zniszczyli wandale.
W pobliżu sztucznego jeziora wybudowano centrum hadlowe, wybierając glebę ze stromego stoku i odsłaniając potężne urwisko. Wznosi się ono nad fryzjerem i rzeźnikiem, a kto nie znał wcześniej tego miejsca z pewnościa chwali udana lokalizację usług.
W ostatnią niedzielę wybraliśmy się z psem na wycieczkę wzdłuż ogrodzenia dzielącego nowe miasto od mojej dzielnicy. Po obu stronach wzniesień ciągnie się las. Po stronie dzielnicy znajdują się duże, hektarowe działki z ukrytymi na nich domostwami. Do niedawna wystarczalo odejść kilkanaście metrów od ogrodzenia, aby ogladać i oddychać prawdziwym australijskim buszem.
Po przejściu stu metrów wkroczyliśmy nagle na kompletnie wygolony stok. W Polsce nazywało się to racjonalną gospodarką leśną: śladu po lesie, gdzieniegdzie tylko zwalone wiązki ogromnych drzew, jakby to były maleńkie krzaczki. Na najbliższym stoku nachylony plac dachówek, a przed nimi pustynia. Nie będzie tu więcej kangurów, oposów, papug, nawet węży i jaszczurów.
Stanąłem jak wryty i przez chwilę zapomniałem o moim towarzyszu, przypomniał mi jednak swym zachowaniem, bowiem biegał w lewo i prawo, wzdluż tej samej linii, przystawał i węszył, a potem zaczął się kręcić w kółko. W końcu usiadł, popatrzył na mnie i zaczął wydawać te same, nieco zachrypłe, dziwne dźwięki, ale ciszej i jakby bardziej smutne. Popatrzyłem mu w oczy i nie byłem pewien, czy miał je załzawione, czy też ja miałem kłopoty z wizją.
Spojrzałem jeszcze raz na pobojowisko i przeprosiłem psa.
Za ludzi.
Janusz Rygielski
|