About us

POLONIJNY BUSHWALKING

Photos

Z peryferii Ipswich, gdzie zamieszkałem po przyjeździe do Australii, codziennie mogłem oglądać Flinders Peak - strzelistą skalistą górę, niepodobną do znanych mi europejskich szczytów. Wydawała się ogromna, choć wznosiła się zaledwie 679 m nad poziomem morza. Z mapy jednak wynikało, że góra startuje z wysokości 50 metrów, nieco więc przekracza ścianę Giewontu.

Jak się do niej dostać? Samochodu nie miałem, ale udało się kupić stary rower za 20 dolarów. Zona akurat powierzyła mi opiekę nad dzieckiem, więc wsadziłem małego brzdąca w nosiłki i w potwornym upale przepedałowałem kilkanaście kilometrów. Droga skończyła się przed bramą prowadzącą do jakiejś posiadłości. Zsiadłem z bicykla i zacząłem zastanawiać się co dalej robić z tak pięknie rozpoczętym dniem.

Po paru minutach pojawił się farmer, któremu, częściowo łamaną angielszczyzną częściowo na migi, wyjaśniłem, że chciałbym odbyć górską wycieczkę, wskazując na Flinders Peak. Miejscowy uśmiechnął się życzliwie i powiedział, że owszem mogę wędrować jego posiadłościami, ale nie na Flinders ponieważ ta góra do niego nie należy i wskazał niepozorne, zalesione wzgórze „Możesz iść tam”.

Moja twarz pokazała mu chyba zranioną dumę górołaza, która nie akceptowała tej uprzejmości. Rozłożył więc ręce i aby podkreślić niestosowność mojego zachowania dodał: „W Australii rowerzystom nie wolno wozić dzieci na plecach.”

Uprzejmie podziękowałem i popedałowałem spowrotem.

Kiedy kilka miesięcy później dysponowałem już piętnastoletnim falconem, ustaliliśmy z żoną, że Flinders Peak będzie naszą pierwszą rodzinną zdobyczą. Zajechaliśmy od właściwej strony tzn. do posiadłości farmera, którego włości dochodziły do rezerwatu przyrody, i który nie miał nic przeciwko wałęsającym się po jego gruntach turystom. Poźniej przekonałem się, że gospodarz ów należał do nielicznego grona chlubnych wyjątków.

 

Grupowe początki

Rok póżniej zatrudniono mnie w hostelu dla imigrantów, gdzie, z udziałem tłumaczy, prowadziłem wykłady na temat Australii dla nowoprzyjezdnych, a dodatkowo, głównie Polakom, pomagałem w przebrnięciu przez procedury osiedleńcze w nowym kraju. Okazało się, że niektórzy rodacy mieli zainteresowania podobne do moich. Z Antonim Markiewiczem i Jackiem Machurą odbyłem pierwszą wycieczkę zorganizowaną dla polskiej grupy.

Do dziś nie wiem dlaczego celem tej inauguracyjnej zbiorowej wyrypy był Mt Castle – imponująca góra, ze szczytową basztą przypominającą zamczysko. Trasę znałem z bardzo lapidarnego opisu dla zaawansowanych bushwalkerów. Autorzy odnotowali, że nie była łatwa, coś w sam raz dla takich jak my. Antek i ja liznęliśmy kiedyć po trzy dni kursu wspinaczkowego, a Jacek był wszechstronnie wysportowany i gotów na wszystko.

Po przejechaniu 150 km wylądowaliśmy w dżungli na głównym grzbiecie Gór Wododziałowych (Main Range), skąd mylną ścieżką dotarliśmy do wąskiej grani, gdzie po raz pierwszy ukazał się nam w całej okazałości Mt Castle. Według przewodnika drogi były dwie: jedna obchodząca urwiska i prowadząca poniżej nich, druga wiodąca ściśle granią, z pięknymi widokami. Ruszyliśmy prosto do celu. Scieżką bardzo szybko dotarliśmy do urwiska, mającego jakby wycięcie wchodzące w dół. Zeby iść dalej, trzeba było zsunąc się w powietrze i wymacać niewidoczny z krawędzi stopień. Byłem w tym miejscu niedawno w grupie liczącej kilkanaście osób, z wspinającym się amatorsko Markiem Bodzoniem, który przyjrzał się dokładnie topografii terenu i stwierdził, że wolałby dalej schodzić z liną.

Dwadzieścia lat temu postąpiliśmy nieroztropnie. Prawdopodobnie żaden z nas nie chciał okazać strachu. Zdecydowaliśmy, że schodzimy w przepaść, a mnie, z racji przewodnictwa, przypadła rola pierwszego. Przeszliśmy.

W powrotnej drodze korzystaliśmy z łatwiejszego wariantu, ale fantazji nam nie brakowało, bo zdecydowaliśmy się pójść skrótem, po stromym, zalesionym dżunglą stoku.

Po tak udanym starcie wbiegliśmy z Jackiem na oba wierzchołki Mt Barney, góry sklasyfikowanej na trzecim miejscu w Australii (tough), po Federation Peak na Tasmanii i Mt Gower na Lord Howe Island (Australian Mountains – The Best 100 walks). Mt Barney ma zaledwie 1365 m wysokości, ale podejście wynosi 1139 m, a zatem więcej niż z Morskiego Oka na Rysy. Pod wzlędem różnicy wysokości biją go tylko Mt Bartle Frere w stanie Queensland (1542 m) i Feathertop w Wiktorii (1372 m).

Na kolejną wycieczkę wybrałem się w listopadzie z Jackiem, jego dwunastoletnim synem i nieżyjącym już kolegą, którego nazwiska nie wymienię ze względu na jego niedyspozycję żołądkową i ogólną spowodowaną przepiciem w nocy poprzedzającej wędrówkę. Pojechaliśmy do Parku Narodowego Lamington, z zamiarem przejścia legendarną trasą ekipy ratunkowej, która w 1937 r., tnąc dziewiczą dżunglę, szła po dwóch ocalałych rozbitków samolotu Stinson. Jeden z nich miał połamane nogi i musiał być zniesiony na noszach.

Upał był potworny. Po dwudziestu minutach marszu polanami nasz kolega kompletnie wysiadł i musieliśmy go posłać na dół. We trójkę weszliśmy na Stretcher Track. Zanikającą co chwilę ścieżką w gęstej dżungli, nie przepuszczającej promieni słońca, wędrowaliśmy pięć godzin do Point Lookout na granicy z Nową Południową Walią. Potem nieco w dół, do resztek samolotu, i całkiem ostro do grobu Westreya – trzeciego, który wyszedł cało z katastrofy. Poszedł szukać pomocy i zginął spadając z urwiska. Tragedia Stinsona doczekała się znakomitej książki Green Mountains, napisanej przez głównego ratownika Bernarda O’Reilly oraz filmu fabularnego The Riddle of the Stinson, ze znanym aktorem australijskim Jackiem Thompsonem w roli Bernarda.

Przejście zajęło nam jedenaście i pół godziny. Kilka momentów nadal pamiętam. Mniej więcej w jednej trzeciej drogi, z boku, a więc znikąd, wyszedł człowiek. Przeciął nasz szlak w poprzek i również poszedł do nikąd, a ściślej w stroną niewidocznego w dżungli urwiska. Spojrzał na nas i nie odezwał się jednym słowem.

Blisko Point Lookout oglądaliśmy węża konsumującego małego kangura w całości. Niebawem skończyły się nasze zapasy wody. Wiedziałem, że w niewielkiej odległości od resztek żelastwa był strumyk. Dzięki niemu rozbitkowie przetrwali dziesięć dni. Ale do wody trzeba było zejść i potem wrócić na górę. Zaden z nas nie miał na to ochoty. Po długim zejściu stromym grzbietem dotarliśmy do sporego potoku. Tu wszyscy trzej położyliśmy się w wodzie, gasząc nią pragnienie. Od tego miejsca zostało nam tylko sześć kilometrów. W ciemnościach , przy samochodzie, czekał na nas też wymęczony kolega.

Kolejną wycieczkę zaplanowałem z byłym wiceprezesem Stowarzyszenia Polaków w Queensland Leszkiem Wikarjuszem, dwójką himalaistów Andrzejem Klonowskim i Jerzym Zającem oraz z kolegą Pechowym, który nie dotarł do pozostałości Stinsona. Mieliśmy się spotkać wcześnie rano u Pechowego, dokąd przybyliśmy z Leszkiem i dowiedzieliśmy się, że Pechowy znów nie mógł, podobnie wspinacze. Pojechaliśmy więc we dwóch do parkingu przy Lower Portals, aby pójść w górę Barney Creek do połączenia z Barney Gorge, skąd wąwozem do siodła między wierzchołkami Wschodnim i Zachodnim, następnie na bardziej widokowy szczyt Wschodni i powrót konwencjonalną ścieżką do kempingu w Yellow Pinch. Ponieważ jechaliśmy jednym samochodem, więc na końcu czekał nas jeszcze czterokilometrowy marsz drogą.

Wycieczka zaczęła się oryginalnie, bo kilkaset metrów od parkingu zauważyliśmy jakieś zwierzę, przypominające wombata, biegnące w naszą stronę. Kiedy zostało mu już do nas tylko kilka metrów – stanęło zaskoczone naszym widokiem i powolutku skręciło na powalony w pobliżu bal. Była to koala. W ciągu dwudziestu lat dzikich wędrówek tylko dwa razy udało mi się spotkać koalę na wolności. Kiedy weszliśmy na grzbiet oddzielający przełom Lower Portals od górnej części Barney Creek, zdecydowaliśmy kontynuować wędrówkę grzbietem, unikając w ten sposób czasochłonnego skakania po kamieniach. Niestety nie udało się. Zeszliśmy za daleko i musieliśmy cofnąć się, ćwicząc długo „rockhopping”. Osiągnąwszy Barney Gorge, wspięliśmy się szybko na szczyt i zeszliśmy do Yellow Pinch. Zmierzchało, a do samochodu jeszcze długa wędrówka drogą. Nie przeszliśmy jednak kilometra, gdy od strony kempingu pojawiła się półciężarówka, a na jej platformie nasi koledzy alpiniści, którzy namówili kierowcę na „lift”.

Okazało się, że jednak zajechali do Pechowego, ale spóźnieni, więc pogonili za nami. Kiedy dojechali do parkingu zobaczyli moj samochód i wiedzieli już wszystko. Mieli nas przed sobą i chcieli dogonić. Gonili cały dzień.

 

Dzieci na urwiskach

Równolegle z wycieczkami dla dorosłych organizowałem wycieczki dla dzieci. Powód był prosty: oboje z żoną pracowaliśmy i kiedy przychodziły ferie szkolne nie mieliśmy opieki nad synem. Wpadłem więc na pomysł, że jeśli go zabiorę z czwórką kolegów na całodzienną wycieczkę (w falconie było sześć miejsc), to z czystym sumieniem będę mógł zostawić moją pociechę na cztery dni pod opieką innych rodzin. System okazał się znakomity i funkcjonował kilka lat.

Małolaty wspinały się po skałach, brodziły potokami, przebijały przez lantanę, i wędrowały bez ścieżek przez dżunglę. Syn przyjaźnił się w szkole z Wietnamczykiem, który miał liczną rodzinę. Czasem na wycieczki jeździło więc dwoje i więcej rodzeństwa. Któregoś dnia, kiedy rano przyjechałem po młodych turystów, przywitał mnie ojciec rodziny i powiedział, że właśnie przyleciały z Wietnamu dwie siedemnastoletnie bratanice, które też chciałyby poznać bushwalking. W samochodzie nie miałem już więcej miejsca, ale na szczęście w pobliżu mieszkał kolega, na którego w takiej sytuacji mogłem liczyć. Zaprowadziłem towarzystwo wąwozem Palm Gorge na Mt Greville, a potem do rzadko odwiedzanego naturalnego basenu na stoku skalistej góry. Zwyczajowo, po zakończeniu wędrówki, wiozłem dzieci do miejsca piknikowego, gdzie wydawałem obfity lunch. Tym razem był on wyjątkowy, bo dziewczyny przejęły inicjatywę. Z kolegą udaliśmy się na zasłużony spoczynek, a znakomite jadło na sposób wietnamski zostało nam elegancko podane na trawie.

Dzieci polskie oraz innych imigrantów akceptowały trasy wędrówek bez problemu, ale młodzi Australijczycy nie mogli pojąć faktu, że przybysz z dalekiego kraju, w dodatku posługujący się dziwną odmianą angielskiego, której nie mogli zrozumieć, prowadzi ich w miejsca, o których nie słyszeli ich rodzice. Kiedyś zabrałem kilku szkolnych kolegów Marka na Mt Cordeaux, swoim własnym wariantem, bez jakiejkolwiek ścieżki, przez gęstą dżunglę. Mały Kay dreptał tuż za mną przez dwie godziny i chyba z dziesięć razy pytał: „Mr Tatuś, are you sure that this is the right way?”.

Podobne sytuacje miewałem z dorosłymi. Po wejściu na Mt Barney przez Logan Ridge, zastaliśmy na szczycie dwóch australijskich bushwalkerów. Moim kompanom objaśniłem detalicznie panoramę i wówczas jeden z obcych zapytał: „Czy mieszkasz w pobliżu?” Odpowiedziałem z satysfakcją: „No, I am from Poland.”. Po wejściu z grupą na Mt Maroon, nietypową drogą od południa (z trawersem po skalnej półce i małą wspinaczką kominkiem), podsumowałem po angielsku wejście i zapowiedziałem jak będziemy schodzić. Na wierzchołku podziwiała widok na Mt Barney para Australijczyków. Po paru minutach on podszedł do mnie i zapytał ile miałby zapłacić, gdybym ich tą drogą sprowadził na dół.

W ramach usługi turystycznej, Marka koleżanki i koledzy ze szkoły otrzymywali zdjęcia w dużym formacie, ukazujące ich wyczyny, np. brodzenie po pas w wodzie lub balansowanie na urwiskach. Któregoś dnia zaprosił mnie do siebie dyrektor szkoły i położył te zdjęcia na stole. Pomyślałem, że pewnie oberwie mi się za narażanie dzieci na niebezpieczeństwo, a on powiedział, że dzieci dużo mówią na temat wycieczek i czy mógłbym je organizować podczas weekendów dla całych klas, w dodatku za wynagrodzeniem. Rozważyłem tę propozycję, ale koszt ubezpieczenia okazał sie tak wysoki, że wyprawka nie była warta skórki. Natomiast niektóre dzieci zaczęły chodzić na wycieczki z dorosłymi, których grono powiększało się.

Wycieczki dla dorosłych, dziesięć i więcej lat temu, były trudniejsze, czasem miały charakter quasi-wspinaczkowy. Terenem był głównie masyw Mt Barney o nie kończących się możliwościach eksploracji. Liczna grupa, z Polakami zamieszkałymi w Szwecji, dokonała karkołomnego trawersu kilku grzbietów, by w końcu wejść na planowany North Peak. Kilka lat później przeszedłem podobną trasę podczas deszczu m. in. z Michałem Kornelem, solistą (altówka) orkiestry symfonicznej w Rzymie. Z Aldkiem Strzelbickim, mieszkającym obecnie na Tasmanii, szukaliśmy własnego zejścia na przełęcz między Isolated Peak i North Peak. Aldek ubezpieczał, a ja zawisłem na linie w powietrzu. W końcu udało się. Przy innej okazji, z Markiem Bodzoniem zabraliśmy sporą grupę na zejście wąwozem w Mt Greville. Wąwóz kończył się kilkumetrową ścianką, nie do pokonania bez liny. Najwięcej uciechy miały zjeżdżające dzieci.

 

W harcerskiej służbie

U podnóża Mt Maroon znajduje się własność Stowarzyszenia Polaków w Queensland, zakupiona w latach siedemdziesiątych z zapisu spadkowego na działalność harcerstwa. Harcerze z Brisbane jeździli tam często na obozy, zdobywali swoje sprawności, nigdy jednak nie wpadli na pomysł, aby zdobyć ten piękny szczyt. Dopiero w 1991 szefostwo poprosiło mnie o odegranie roli przewodnika. Rozpracowałem wejście na Mt Maroon bezpośrednio z polskiego Zakopanego, prywatnymi terenami do połączenia z typowym szlakiem u podnóża urwisk. Pięć lat później, w Zakopanem, odbywał się zlot harcerzy z całej Australii i zostałem poproszony o doprowadzenie na szczyt niemałego tłumu. Wybrałem do tego celu trasę południową, dziką, z zejściem bezpośrednio do Zakopanego. Tę całodniową, trudną wycieczkę przeszli wszyscy.

Po takich sukcesach ogłosiłem wspinaczkę dla młodzieży na Mt Barney, najbardziej „honorną” granią Logana. Wyruszyło na nią 26 uczestników. Do celu dotarło czterech, w tym Rafał Dróżdż, obecnie korespondent radia SBS w Brisbane, Dariusz Koropatwa, obecnie policjant, i Marek Szczepański, teraz znany dentysta i piłkarz polonijny w Melbourne.

Po tych harcerskich osiągnięciach, grupka młodych ludzi zapragnęła udać się Mt Maroon nietypowym wariantem i poprosili mnie o opis trasy. Wybrali się w dzień powszedni. Krótko przed piątą odezwał się na moim biurku w pracy telefon. Delikwenci skorzystali z komórki, bo zabrnęli w miejsce, z którego nie mogli wyjść.

 

W gronie wielokulturowym

W międzyczasie podjęta została decyzja o rozbudowie hostelu w Wacol. Zrobiono piękną ekspozycję planu, przyjechał minister i wygłosił wzruszającą mowę. Pojechałem na tydzień na Nowe Hebrydy, a po powrocie dowiedziałem się, że hostel zostanie zlikwidowany. Pracodawca nie wiedział co ze mną zrobić więc awansowano mnie na „supervisora” Służby Tłumaczeń. Któregoś dnia dowiedziano się tam o wycieczkach i od tamtej pory grupy stały się bardziej międzynarodowe, reprezentujące m. in.: Afganistan (Ali), Afrykę Południową (Michelle), Chiny (Cecily), Chorwację (Nada), El Salwador (Patricia, Jenny), Hiszpanię (Carmen), Holandię (Lenny), Kubę (Mayra), Niemcy (Eric), Nową Zelandię (Keith), Peru (Chusi), Serbię (Mira), Słowację (Maria), Taiwan (Shu-Wa), Vanuatu (Tivi). Brali też w nich i nadal biorą udział Australijczycy - pracownicy Ministerstwa Imigracji, z wicedyrektorem włącznie.

Jedną z najbardziej interesujących wycieczek odbyliśmy do rezerwatu przyrody Broken Head, położonego w Nowej Południowej Walii. Jest to przepiękny i, na szczęście, mniej popularny zakątek, gdzie potężne klify wcinają się w ocean, tworząc niełatwo dostępne od strony lądu plaże. Jedną z nich upodobali sobie nudyści i to niemal wyłącznie płci męskiej. Trzon mojej grupy stanowiły trzy młode Afganki – muzułmanki. Powiedziały mi wówczas, że było to niezwykłe doświadczenie, niespotykane w ich rodzinnym kraju, ponieważ nie ma on dostępu do morza... Afganki wyszły za mąż i znalazły sobie inne rozrywki, ale za to do grupy przyłączył się magister inżynier Ali Sadry, absolwent Politechniki Warszawskiej.

W ciągu tych dwudziestu lat przewędrowaliśmy obszar od Broken Head i Cape Byron w Nowej Południowej Walii po Sunshine Coast. Byliśmy dwukrotnie w Girraween, wielokrotnie w Lamington, Mt Barney i Scenic Rim - od Spicer’s Peak po Mt Castle. W ostatnich latach penetrujemy rejon Tenthill Valley – ogromny obszar górski, wykupiony stosunkowo niedawno przez państwo i udostępniony wędrowcom. Zawsze staramy się być w nowym miejscu i to takim, gdzie nikogo nie spotykamy.

Prawie podczas każdej wycieczki zdarzają się jakieś niespodzianki. Australijka przyjechała sama na miejsce zbiórki i spytała mnie, czy może się z kimś zabrać. Znalazłem jej samochód z kierowcą. Ponieważ jego właścicielka wybierała się właśnie do toalety, więc umówiliśmy się, że Australijka będzie czekała przy jej samochodzie, do którego włożyła swój bagaż. Niestety, wbrew planowi, pasażerka udała się rówież do toalety, o czym nikt nie wiedział, i panie jakoś się rozminęły. Kiedy ruszyłem, a za mną pozostałe samochody, zdziwiona Małgosia, nie widząc obiecanej pasażerki, włączyła się do odjeżdżającej kolumny kilkunastu samochodów.

Uczestnicy gubili się chwilowo podczas jazdy leśnymi drogami, a nawet na highway’ach. Samochody stawały z braku benzyny, a także po solidniejszych awariach, np. rozpruciu miski olejowej. Kiedyś, podczas wędrówki drogą po granicy stanów Queensland i Nowej Południowej Walii, w dodatku wzdłuż antykróliczego ogrodzenia (rabbit fence), zgubiły się trzy dziewczyny. W podejściu na Knapps Peak, inne dziewczę stanęło na gałązce i złamało palec u nogi. Po zejściu przez prywatne terytoria z Mt Greville, wyszliśmy na gruntową drogę jezdną, którą powędrowaliśmy całym tłumem. Z przeciwnego kierunku jechał szybko policjant, który zatrzymał się i zwrócił nam uwagę, że to droga publiczną, po której samochody mogą jeździć z prędkością 100 km/godz, na co usłyszał „Sorry Sarg, we can’t walk faster.”.

 

Nie tylko wyrypy

Z czasem wycieczki stawały się coraz liczniejsze. Rekord został pobity rok temu w Lamington liczbą 44. Zakładając, że wędrówki odbywają się mniej więcej raz na półtora miesiąca i średnio uczestniczy w nich ok. 15 osób, daje to w okresie 20 lat liczbę około 2 400 statystycznych bushwalkerów. W wycieczkach bierze udział spora liczba profesjonalistów oraz osób twórczych w różnych dziedzinach (poezja, proza, muzyka, audycje radiowe, turystyka etc). Podczas wędrówek dyskutowane są plany podróżnicze np. Mirka Łozińskiego, który przewędrował już kilka kontynentów, Marka Krawusia, który ostatnio wszedł na Mt Kinabalu czy Witolda Horbowskiego planującego wyprawę w niższe Himalaje. Beata Borowska pisze regularnie reportaże z naszych wycieczek, publikowane w Biuletynie Stowarzyszenia Polaków w Queensland. Maria Agoston czasami raczy nas wierszem, a Juliusz Zajączkowski pisze je tylko po angielsku (i zbiera nagrody). Niemka Betty, moja sąsiadka, przysłuchiwała się kiedyś rozmowie dyrygenta (Jan Politowski) z barristerem i autorem scenariuszy filmowych (Andrzej Czerski-Stanleyson) i zażenowana powiedziała potem w samochodzie „Nie jestem pewna czy pasuję do grupy intelektualistów.”.

Oczywiście, że pasowała. Pasuje nam każdy kto lubi australijską przyrodę i pragnie ją poznać. Myślę, że jako grupa polubiliśmy się, a Ewa, moja żona, stara się pamiętać o wszystkich urodzinach, świętowanych na przeróżnych miejscach piknikowych. W miarę możliwości, za każdym razem gdzie indziej. Czasem ma miejsce program rozrywkowy, w którym główną rolę odgrywa były prezes Polonii w Qld, tenor Mariusz Chojnacki, wsławiony pierwszym wejściem na niełatwy Mt Blaine – z jamnikiem. Pikniki po wędrówce - to często przeglądy talentów kulinarnych bushwalkerek, głównie Helenki Gawin i Krysi Karbowej. Kiedyś zabrałem grupę na Montserrat Lookout w rejonie Mt Barney, po czym nieznanym mi wcześniej wąwozem zeszliśmy do Barney Creek. Część drogi przebyliśmy w wodzie po pas i do samochodu doszliśmy w nocy. Po dotarciu do miejsca piknikowego panie postanowiły podkreślić walory mojego przewodnictwa zarządzając: „A teraz wrzucimy Janusza na grila.”.

Przez wiele lat publikowałem w Polsce książki i artykuły krytykujące turystykę zbiorową, zorganizowaną, przeciwstawiając jej walory samodzielnych wędrówek. Była to naturalna reakcja na stada spędzanych turystów, z wielką szkodą dla przyrody i turystyki indywidualnej. W Australii, gdzie w parkach narodowych wolno na ogół wędrować jak się chce, bez tłumu, przekonałem się do wędrówek grupowych.

W listopadzie ubiegłego roku, będąc w Warszawie, wpadłem na pałacyku na Senatorskiej, do Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Turystyczno – Krajoznawczego (PTTK), gdzie od czerwca 1981 do listopada 1982 pełniłem społeczną funkcję wiceprezesa odpowiedzialnego m. in. za turystykę kwalifikowaną w Polsce. Były prezes Andrzej Gordon jest obecnie sekretarzem generalnym. Na powitanie zapytał: „Nie miałbyś ochoty zorganizować oddziału PTTK w Australii?”

Podczas sylwestrowego barbecue w górach zapytałem o to biesiadników. „Spróbujemy” – odpowiedzieli. Planujemy uzyskiwanie odznak Górskiej Odznaki Turystycznej za osiągnęcia turystyczne w Australii, a także publikowanie w wydawnictwach PTTK-owskich. Zaczęliśmy od własnej witryny, którą tworzy dr Vincent Kotwicki. Adres: http://www.k26.com/pttk/

Tekst i zdjęcia Janusz Rygielski

Ps. Z oczywistych względów nie mogłem wymienić wszystkich bushwalkerów. Co najmniej setkę nieobecnych bardzo za to przepraszam.

 

Please contact our Webmaster with questions or comments.
© Copyright 2003-2005 PTTK Australia. Site designed by k26 Studios.  All rights reserved.